Cześć, ekipo!
Pamiętacie, jak w pierwszym wpisie obiecałem wam historię, jak minikoparka uratowała mi życie? No to siadajcie wygodnie, włączcie sobie coś mrocznego z dark country – ja polecam „In Hell I’ll Be in Good Company” The Dead South, bo brzmi jak soundtrack do tej opowieści – i posłuchajcie.
To nie jakaś tam bajeczka o bohaterstwie, tylko prawdziwa historia z budowy pod Krakowem, gdzie prawie skończyłem zakopany żywcem.
Czarny humor?
Pełną gębą, bo na budowie jak nie pośmiejesz się z własnej głupoty, to zwariujesz.
A morał?
Nigdy nie lekceważ rowu – on zawsze ma ostatnie słowo.
Było to jakieś 10 lat temu, lato, upał jak w piekle, a my na robocie przy budowie osiedla pod Krakowem. Wykop pod kanalizację – głęboki na 3 metry, wąski jak trumna, grunt gliniasty, który po deszczu robi się jak masło. Ja jako kierownik ekipy, ale ręce swędziały, więc wskoczyłem do minikoparki Kubota KX018-4 – mała bestia, 1.8 tony, ale zwinna jak wąż.

Ekipa kopie ręcznie boki, ja z kabiny wybieram dno. Wszystko idzie gładko: łyżka w błoto, ziemia leci na górę, southern rock w słuchawkach (Lynyrd Skynyrd, „Free Bird” – klasyka na kopanie). Myślę sobie: „Ksawery, jesteś mistrzem, za godzinę piwo”…
No o tu zaczyna się dramat. Deszcz z poprzedniej nocy osłabił ściany – glina zaczęła osypywać się cicho, bez ostrzeżenia. Najpierw mały kawałek, potem większy. Słyszę krzyk z góry: „Ksawery, ściana leci!”. Patrzę w lusterko – lawina ziemi sunie prosto na kabinę. Serce w gardle, adrenalina jak po trzech kawach. Rów wąski, nie ma ucieczki pieszo – drzwi kabiny zablokowane przez osypisko. Co robię? Zamiast panikować (choć w głowie myśl: „No to koniec, dzieciaki będą miały tatę w muzeum jako 'operator zakopany żywcem’”), włączam pełną moc i manewruję minikoparką jak w grze video. Krok po kroku, jak to poszło (dla tych, co chcą się uczyć na moich błędach):
- Ocena sytuacji: Nie wyskakiwałem – kabina to pancerz, chroni przed małym osypiskiem. Ale wiedziałem, że jak zawali się całość, to zgniotą maszynę jak puszkę.
- Moc na max: Włączyłem hydraulikę na full – łyżka w górę jako taran, podparcie. Minikoparka ma niski środek ciężkości, więc stabilna.
- Manewr ucieczki: Obrót obrotnicy, gąsienice w tył – powoli, bo grunt śliski. Łyżka odpycha ziemię, robię sobie „tunel” wyjścia.
- Wyjazd na powierzchnię: Po 2-3 minutach (które ciągnęły się jak godzina) wyjeżdżam tyłem, ciągnąc za sobą pół rowu. Ekipa na górze blada jak ściana, szef krzyczy: „Ksawery, ty wariacie, żyjesz?!”.
- Zakończenie: Maszyna cała (tylko błoto po uszy), ja też – ale z lekcją na całe życie i pełnym „pampersem”.
Po wyjściu mówię do ekipy: „Chłopaki, prawie miałem darmowy grób z widokiem na osiedle. Ale minikoparka powiedziała 'nie dziś’”. Śmialiśmy się przez łzy, a potem piwo lało się strumieniem.
Bez tej małej Kuboty? Skończyłbym jak ten typek z innej budowy, o którym słyszałem – zawalił się rów, facet utknął na godziny. Na szczęście uratowali, ale z kontuzjami. Ja miałem szczęście i maszynę. Najczęstsze błędy w takich sytuacjach – nie powtarzajcie moich!
- „Grunt trzyma, nie potrzeba szalunków”: Glina po deszczu to zdradliwa suka – zawsze szalujcie głębokie rowy. Ja wtedy zaoszczędziłem i prawie przypłaciłem to życiem.
- „Sam dam radę”: Nie wchodźcie sami do głębokich wykopów – zawsze ktoś na górze z liną/ratunkiem.
- „Minikoparka to zabawka”: Nie – to ratownik. Kabina ROPS/FOPS chroni przed upadkiem, a moc pozwala uciec.
- „Pogoda poczeka”: Zawsze sprawdzaj prognozę – deszcz osłabia ściany w godziny.
Rozwiązanie?
Zawsze plan bezpieczeństwa: szalunki, czujniki osypiska (teraz w 2026 to standard w nowych modelach), i minikoparka jako „plan B”.
Co z tego wyniosłem? Od tamtej pory traktuję minikoparki jak partnera, nie narzędzie. Ta Kubota uratowała mi tyłek, bo była zwinna, mocna i stabilna w ciasnym rowie. Dziś polecam modele z ultra-short tail jak Volvo ECR18E czy nowsze Kubota – wchodzą w wąskie miejsca i wychodzą cało.
A ja? Po takiej przygodzie włączam dark country na full – Colter Wall śpiewa o śmierci, a ja myślę: „Nie dziś, stary”.
Checklista bezpieczeństwa przy głębokich wykopach (na koniec dnia, zanim piwo):
- Sprawdź grunt i pogodę – glina po deszczu? Szalunki obowiązkowo.
- Zawsze ktoś na czatach z góry.
- Minikoparka z pełną baterią/paliwem – na ucieczkę.
- Kabina zamknięta, pasy zapięte.
- Po robocie – oczyść maszynę i podziękuj jej (tak, gadam do niej czasem).
- Włącz southern rock i świętuj, że żyjesz.
Co wy na to? Mieliście podobne przygody? Jak minikoparka uratowała wam skórę? Piszcie w komentarzach – dzielmy się historiami, bo na budowie wiedza ratuje życie.
Ksawery
