Houston we have a liftoff

To ja we własnej osobie

Witajcie na moim blogu!
Jestem Ksawery Stenzel i to mój pierwszy wpis – a właściwie manifest – w tym kącie internetu, gdzie małe maszyny robią wielką robotę. Bo wiecie, na budowie życie to nie bajka Disneya, tylko hardcore’owa opera z błotem w roli głównej i koparkami jako divami.

Wyobraźcie sobie: ja, 45-letni inżynier budowlany z Krakowa, siedzący w kabinie minikoparki, z kubkiem kawy w jednej ręce i sterem w drugiej, podczas gdy za oknem pada deszcz, a ekipa klnie na czym świat stoi.

Ale zanim zanurzymy się w błoto po uszy, pozwólcie, że się przedstawię. Bo jak mawia mój stary kumpel z budowy: „Bez twarzy to tylko duch w maszynie, a duchy nie kopią rowów”.

To ja we własnej osobie

Zacznijmy od początku, bo moja historia to nie jakaś tam nudna biografia, tylko saga pełna pyłu, potu i okazjonalnych siniaków. Urodziłem się w Krakowie, ale budownictwo wciągnęło mnie jak wir w rzece – prosto do firmy drogowej pod Warszawą. Miałem wtedy dwadzieścia parę lat, włosy na głowie (teraz to już bardziej wspomnienie) i zero pojęcia, że minikoparki zmienią moje życie. Zaczynałem jako operator koparek, tych wielkich bestii, które ryczą jak dinozaury po kawie. Ale szybko przeszedłem na mniejsze modele – pierwsze Yanmar i Kubota z lat 2000.

Pamiętam mój debiut: wykop pod autostradę, deszcz leje jak z cebra, a ja próbuję manewrować tą małą bestią w błocie po kolana. Kończy się na tym, że zakopuję się po osie, a szef krzyczy: „Ksawery, ty idioto, to nie piaskownica!”.

Czarny humor? No, prawie straciłem buta w tej brei, ale nauczyło mnie to, że na budowie liczy się nie siła, a spryt. Inaczej kończysz jak ten jeden typek z ekipy, co kiedyś próbował „poprawić” wykop ręcznie i wylądował w szpitalu z kontuzją – „bo maszyna była za leniwa”. Śmiejemy się z tego do dziś, choć wtedy nie było do śmiechu.

Przez ponad 20 lat łaziłem po placach budowy w Polsce i Niemczech. Niemcy? Tam to dopiero szkoła życia – precyzja jak w szwajcarskim zegarku, ale i presja, że jak coś pójdzie nie tak, to nie tylko robota stoi, ale i euro uciekają. Awansowałem na kierownika ekip, co oznaczało, że zamiast siedzieć w kabinie, musiałem ogarniać chaos: planować wykopy, pilnować bezpieczeństwa i ratować sytuacje, gdy minikoparka utknie w ciasnym ogrodzie pod blokiem.

Pamiętam jeden projekt renowacji zamku w Małopolsce – średniowieczne mury, wąskie przejścia, a my z minikoparką Kubota SV18 próbujemy wykopać fundamenty pod nową instalację. Jeden fałszywy ruch i bum – zawalasz kawał historii. Mój zastępca żartował: „Ksawery, jak to spieprzymy, to duch króla nas nawiedzi i każe kopać łopatą do usranej śmierci”. Na szczęście wyszło, ale pot lał się strumieniami.

Te doświadczenia nauczyły mnie, że minikoparki to nie zabawki – to precyzyjne narzędzia do zadań specjalnych: od fundamentów pod domy po delikatne prace w ogrodach, gdzie duża koparka rozwaliłaby wszystko w pył.Jestem certyfikowanym operatorem maszyn ciężkich – kursy w OIGD to nie przelewki, tam uczą nie tylko obsługi, ale i myślenia. A ja? Pasjonat nowinek. W 2025 roku testowałem hybrydowe minikoparki Volvo ECR25 Electric – ciche jak mysz, ekologiczne, ale z mocą, która zaskoczyłaby niejednego sceptyka. I elektryczne Bobcat E10e – idealne do miejskich robót, gdzie hałas to wróg numer jeden.

Lubię te gadżety, bo na budowie ewolucja to nie teoria Darwina, tylko codzienność. Albo przetrwasz z nowymi maszynami, albo skończysz jak dinozaury – zakopany w błocie.

Prywatnie? Ojciec dwójki urwisów, które odziedziczyły po mnie miłość do majsterkowania. Weekendy spędzam na budowaniu placów zabaw z recyklingowanych materiałów – stare palety, rury z budowy, nawet złomowane części z koparek. Ostatnio zrobiłem huśtawkę z łańcucha po minikoparce – dzieciaki szaleją, a ja myślę: „No, przynajmniej coś pożytecznego z tego złomu”.

A muzyka? To mój wentyl bezpieczeństwa. Lubię southern rock – te gitary Lynyrd Skynyrd w „Sweet Home Alabamato jak ryk silnika Volvo na pełnych obrotach, daje kopa po ciężkim dniu. I dark country, wiesz, te mroczne ballady The Dead South czy Colter Wall – „The Devil Wears a Suit and Tie” brzmi jak opowieść o nawiedzonej budowie, gdzie duchy robotników szepczą „Nie kop tu, idioto!”.

A poza tym? Grill na placu budowy to moja specjalność – kiełbasa z ogniska, piwo bezalkoholowe (bo bezpieczeństwo ponad wszystko) i gadki o tym, jak kiedyś minikoparka prawie mnie pochłonęła w wykopie. „No, przynajmniej bym miał darmowy grób z widokiem na autostradę”. XD

Dlaczego ten blog? Bo po tylu latach na budowie widzę, jak nowicjusze popełniają błędy, które kosztują czas, pieniądze i czasem zdrowie. Dzielę się tu prawdziwymi historiami: błędami (jak ten, gdy kumpel zapomniał o filtrze i silnik padł jak mucha po Red Bullu), tipami (jak wybrać minikoparkę do ciasnego ogrodu bez demolki żywopłotu) i recenzjami (od starych Kubot po nowe hybrydy). Bo na budowie liczy się nie tylko moc, ale i głowa – a ja mam obie.

Będziemy gadać o wszystkim: od wykopów pod fundamenty po precyzyjne prace w zabytkach, z odrobiną czarnego humoru, bo bez śmiechu przez łzy nie przetrwasz w tym fachu. Jeśli jesteś operatorem, kierownikiem czy po prostu pasjonatem małych bestii na gąsienicach – zostań, komentuj, pytaj.

Subskrybuj, bo następne wpisy to będzie jazda bez trzymanki: recenzja Volvo ECR18E, tipy na unikanie pułapek w błocie i historia, jak minikoparka uratowała mi tyłek przed zawaleniem się rowu.

Ksawery